Piknik na Punta Ballo

To był  wspaniały i niezapomniany dzień. Rodzina Jen zorganizowała dla mnie piknik na wyspie Punta Ballo.  Ze względu na dużą falę trimarany nie mogły przypłynąć na Sugar Beach. Tak więc wcześnie rano przyjechał po nas autem kuzyn Jen. Samo dotarcie do tego miejsca było już małą przygodą. Po godz 8 rano musiałyśmy przejść z rożnymi pakunkami przez całą plażę. Jej długość to ok 1km, jednak wierzcie mi, że słońce o tej godzinie jest bardzo intensywne, a wilgotność powietrza bardzo duża.
 
 
Czułam jak szybko nagrzewa się moje ciało i w tak samo ekspresowym tempie poci się. Temperatura wynosiła wówczas 35 stopni. Na szczęście miałam pareo, którym mogłam osłonić głowę i ramiona. Kiedy przeszłyśmy już całą plażę musiałyśmy dotrzeć do rzeki przemierzając oazę palm kokosowych. Na brzegu wody czekała już mała łódka z jej przewoźnikiem. Przejażdżka była bardzo interesująca, ale krótka. Trwało to może 4-5 min. Na brzegu czekał już na nas Jeam boy ze swoim klimatyzowanym autem. Uff jaka to była ulga móc skosztować chłodnego powietrza.
 
Piękno przyrody 
 
Sam już przejazd autem na inną wyspę był już ciekawą wycieczką krajoznawczą. Po drodze mijaliśmy wielkie pola ryżowe, zachwycające lasy palm kokosowych i egzotyczne oazy bananowców. Kiedy dojeżdżaliśmy już do miasta Sipalay zadziwił mnie intensywny ruch. To była przecież niedziela. Jakże się myliłam myśląc, że tutejsi mieszkańcy prowadzą leniwy tryb życia. Prawie wszystkie sklepy były otwarte, a na ulicach zrobił się korek z powodu wielu jeżdżących tricycle’s (motorków z boczną przyczepką i dachem). Nawet na rynku sprzedawcy ochoczo nawoływali do zakupów.
 
Justyna’s party
 
Z rodziną Jen spotkałam się na wyspie Punta Ballo, na plaży blisko resortu Easy Diving, w którym wcześniej przebywałam. Na początku jak zobaczyłam ponad 20 osób myślałam, że to jest wycieczka turystyczna. 🙂  Jak się okazało to była rodzina Jen, z którą płynęłam potem na egzotyczną plażę.
 
20 dorosłych osób, 3 dzieci, niemowlę, wiele kartonów jedzenia i skrzynka piwa miały zaraz popłynąć na plażę, gdzie czekał na nas niedzielny piknik.  Dowiedziałam się, że to jest częsty rytuał spędzania czasu przez Filipińczyków z najbliższymi członkami rodziny. Niedziela jest dniem spotkań rodzinnych właśnie na plaży. Akurat ten dzień był dedykowany dla mnie. It is Justyna’s party – powiedziała wtedy Jen.  To był dla mnie zaszczyt, szczególnie, że pomimo niezbyt dobrej kondycji zdrowotnej płynęła też babcia i mama Jen.
 
Rodzinne trimarany
 
Dwa trimarany: Damond i Mek Mek zabrały nas na sąsiednią plażę. Właścicielami tych łodzi są dwaj wujkowie Jen. Jedna jest sygnowana jego imieniem zaś druga imieniem siostry drugiego wujka. Tutaj wszystkie prawie wszystkie osoby, które przedstawia mi Jen to druga, trzecia, czwarta…. ciocia. Kolejna siostra ze strony mamy, albo taty. Zważywszy na to, że niestety nie żyjący już tata ma 10 rodzeństwa, a mama 7, suma członków rodziny nie powinna dziwić. 🙂
 
 
A co robiliśmy podczas niedzielnego party na wyspie?
 
1. Delektowaliśmy się filipińskim jedzeniem. 
 
Jeam boy – kuzyn Jen przygotował „Pork Adobo” (smażoną wieprzowinę),
Darry Grace – siostra Jen zrobiła filipińskie spaghetti ( jest bardziej słodkie od naszego)
Joel – wujek Jen uraczył nas „Squed adobo” (smażonymi kalmarami)
 
Rose – druga ciocia Jen przyniosła „Maja Blanca”(deser zawierający: ser, orzechy, kandyzowane mleko i sok z kokosów.)
Alice – poczęstowała nas „Sweet pancy rice”(ryż, cukier, mleczko kokosowe)
 
Była też wieprzowina i świeżo złowione ryby z ogniska. Dokładnie papugoryby. Jako nurek dotychczas miałam okazję podziwiać te kolorowe egzemplarze tylko pod wodą.
 
 
2. Popłynęłam z Jen i jej kuzynem małą łódką na pobliskie zwiedzanie jaskini z nietoperzami.
 
Wprawdzie widziałam tylko wiele czarnych punktów na jej suficie jednak słyszalne odgłosy tych małych potworków pobudziły moją wyobraźnię.
 
 
3. Dzieci miały wielką radość  bo szukały dla mnie rozgwiazd, meduz i jeżowców.
 
Co chwilę zbierały je w jednym miejscu, a ja mogłam je później podziwiać i robić zdjęcia. Zaś Joel złowił dla mnie dwie wielkie duże porcelanowe muszle. Piękne są. 
 
 
 
Dużo rozmawialiśmy, bawiliśmy się i było wesoło.  To był naprawdę miły czas na tej filipińskiej wyspie. Bardzo polubiłam ich mieszkańców i to z wzajemnością. Smutno było się żegnać. Obiecałam, że ponownie zawitam tu w przyszłym roku. 🙂
 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *